Zapewne słyszeliście o „Niemcu który płakał jak sprzedał”, a może o aucie trzymanym pod kocem lub w mitycznej szopie. To handlarskie frazesy, które są pewnego rodzaju satyrą różnorakich ogłoszeń samochodów typu ”igła”. W każdej legendzie jest trochę prawdy, którą sam poznałem i doświadczyłem. Gotowi na historię?

Wszystko wydarzyło się dobre dwa lata temu. Widząc rozwijający się rynek aut klasycznych na ziemi polskiej stwierdziłem, że skubnę trochę z tego tortu. Jako amator handlowania samochodami udałem się na popularną witrynę zaczynającą się na M i kończącą się na .DE. Przez całą leniwą niedzielę szukałem czegoś spod koca i chyba znalazłem. Niepewne zdjęcia wykonane w jakimś pomieszczeniu pokazujące tylko elementy pojazdu, a wszystko przykryte kurzem. Czyżby bingo? A było to BMW E12 518, czyli pierwsza generacja już dzisiaj kultowej limuzyny.

Opis był krótki, ale za to sprzedający zostawił swój numer kontaktowy. Z racji, że meine deutsch ist nicht so gut zadzwoniłem do znajomego mieszkającego w Niemczech, po czym wykonał on szybki telefon do zamieszczającego ogłoszenie, a dzień później pojechał sprawdzić stan rzekomego BMW. Jego relacja z oględzin auta tylko potwierdziła, iż jest to dobry kąsek. Parę dni później z tym samym znajomym i moim ojcem udaliśmy się do miejsca, w którym stało BMW E12 z zamiarem jego kupna.

 

Na miejscu klasyczny domek z podwórkiem, a zaraz obok znajdowała się „mityczna szopa”. Brama się otwiera i wita nas sympatyczny, mający około siedemdziesiątki właściciel BMW wraz z jego żoną. Dookoła latają gęsi i pies, a po środku E12-stka. Przepiękna, lakier jak z fabryki, beżowe wnętrze wygląda jakby wyjechało z bardzo dokładnego car detailingu, a rdzy nigdzie nie widać. Czy w ogóle to jest możliwe? Tak, auto stało równo 21 lat w szopie na kołkach, w dbałości o opony. Specjalnie dla nas zostało wyciągnięte z zagraconej szopy.

Cena ustalona, gotówka skrupulatnie policzona przez żonę właściciela, która najwidoczniej była odpowiedzialna za budżet domowy. Po wymianie zagranicznej waluty na kluczyki i stary brief przyszedł czas na gościnność niemieckiego małżeństwa. W ramach przypieczętowania transakcji zostaliśmy poczęstowani kawą, słodkimi ciasteczkami i uwaga jajkami od tamtejszych kur. Tylko mój ojciec zdobył się odwagę, aby zjeść zimne jajko przyprawione vegetą, no cóż takie zwyczaje.

Prawie happy end, ale był mały problem BMW nie odpalało, miało kapcia i było wyrejestrowane od 1995 roku. Wszystko przewidzieliśmy, dlatego załatwiona laweta miała być lada moment. Niestety jak to bywa w przyrodzie, coś poszło nie tak i dostaliśmy telefon, że transport powrotny nasz i BMW będzie później. W celu zabicia czasu udałem się z ojcem nad pobliską rzekę, gdzie zajadaliśmy się niemieckimi Wurstami ze słoika podziwiając enerdowskie, przepraszam niemieckie krajobrazy.

Po kilku godzinach dostaliśmy telefon od laweciarzy „będziemy za  pół godziny”. W takim razie poszliśmy na podwórko do już byłego właściciela E12, aby przygotować auto do transportu. Uwaga teraz kolejna historyczna chwila.

Pan Niemiec przyszedł jeszcze popatrzeć przez ostatnie kilkanaście minut na BMW. Kiedy usiadł na chwilę do środka użyłem swój bogaty zasób słów w języku niemieckim i zapytałem się jak wrzucić bieg wsteczny. I tutaj Pan Niemiec chcąc mi pokazać jak to wykonać, szarpał się nieco z lewarkiem, aż w końcu się popłakał. Domyślam się, że ze wzruszenia. Nie dziwię się. To auto musiało mieć dla niego dużo wspomnień, ale zapewne był to skok w nową epokę, ponieważ właściciel pochodził z byłego NRD, więc BMW to pewnie widywał na plakatach.

Kiedy laweta zajechała 10 minut zajęło nam ładowanie. No to w drogę. Powiem tak dojazd z naszej bazy do miejsca w którym stało BMW E12 osobówką zajęło ok. 7 godzin. Lawetą jechaliśmy ponad 14 godzin. Nasza prędkość maksymalna w porywach wynosiła 82 km/h, a całemu powrotowi towarzyszyła ta sama płyta disco-polo, odtwarzana non-stop. Uwierzcie po dobrych dwóch latach od podróży utwór „Gwiazda” Akcentu i MIG „Ona jedyna” kojarzy mi się cały czas z tym wyjazdem. Dosłownie pierwsze nuty i przenoszę się do lawety.

Po „wygodnej” trasie  auto wraz z nami dotarło do bazy. Niedługo później udało się uruchomić silnik i pozbyć się pierwszych problemów po dłuższym postoju. Jednym z większych dylematów aut stojących dość długi czas w wilgotnym miejscu jest zapach stęchlizny. Tutaj warto walczyć kawą.

To co stało dzieje się teraz z autem zostawmy małą niewiadomą.

Jeśli macie ciekawe historie związane z klasykami pochwalcie się w komentarzu lub prześlijcie na maila. Z chęcią je opublikujemy.

Tekst, zdjęcia: OtoClassic.pl